Role społeczne – maski, które przywdziewamy

role@

Właśnie znajduję się na konferencji z zakresu pozyskiwania środków z funduszy europejskich. To wiedza ważna nie tylko dla mnie. Jestem tu po to, by być na bieżąco i przekazywać ją podczas moich szkoleń dalej.

Lubię na takich spotkaniach obserwować ludzi i ich zachowania. Grupę, w której przebywam, można podzielić na kilka kategorii: reprezentantów sceny politycznej, osoby będące tu służbowo oraz przedsiębiorców.

Polityków bardzo łatwo poznać po wysokiej klasie garnituru oraz fakcie, że wszyscy są pod krawatem. To klasyczny ubiór polityka. Zastanawiam się tylko, czy są oni świadomi tego, że właściwe dzięki nim zmieniły się stereotypy w zakresie ubioru. Kiedyś społeczeństwo oceniało bardziej pozytywnie osoby w „pełnym umundurowaniu”. Teraz mogę zauważyć po moich obserwacjach podczas szkoleń, że osoby w garniturze są częściej wskazywane jako te, które nie mówią prawdy. Jednak pewność polityków, jaką wykazują podczas obecności na sali, nie wskazuje na ten rodzaj świadomości… Cóż…

Druga grupa osób, przebywających tu służbowo, to przedstawiciele instytucji państwowych. Tę grupę można rozpoznać po specyficznym zdystansowanym stosunku do przekazywanych treści. Ewidentnie widać, że te osoby mają odpowiednio wypracowany statut społeczny, a to spotkanie jest tylko ich „wypadem” z pracy.

Kolejna grupa to przedsiębiorcy. Ich można podzielić na kolejne podgrupy, a mianowicie na „starych wyjadaczy” i „start-upowców”. Starych wyjadaczy można poznać po tym, że dobrze znają się w swoim towarzystwie. Te znajomości budują ich prestiż. Start-upowców można spostrzec natomiast po tym, że nawet w sytuacji, gdy mają zarezerwowany czas na tę właśnie konferencję, na której się znajdują, każdy pokazuje, jak bardzo jest zapracowany i ile to telefonów do niego nie dzwoni. Im większy zamęt robi wokół siebie, tym lepiej. W grupie tego typu zachowanie może świadczyć o tym, jak dobrze prosperującą firmę prowadzi dany właściciel.

A przecież każda ze zgromadzonych w tym miejscu osób jest również żoną, matką, mężem, ojcem i bardzo często dużym dzieckiem, które lubi się śmiać, bawić, być aktywnym. Dlaczego zatem aż tak pracujemy nad schowaniem tych elementów w naszym zachowaniu w innych rolach społecznych?

Czyżby miało to stanowić o naszej słabości?

Czy rzeczywiście oschłość relacji w sytuacji grupowej, gdy czujemy się oceniani, jest jedyną deską ratunkową dla naszej własnej samooceny i autoprezentacji?

Zjawisko przywdziewania masek w zależności od ról społecznych, w jakich funkcjonujemy, mimo że powszechne, jest dla mnie nadal fascynujące.

Rekrutacja i selekcja czyli wszystko o odpowiednim doborze pracowników. Po co mi to?

Obserwując rynek bardzo często spotykam się z reakcją osób które nie są związane z rekrutacją, że to wiedza nie dla nich. Wiedza o rekrutacji i selekcji w świadomości przynajmniej mojego lokalnego społeczeństwa jest zarezerwowana dla specjalistów z tej branży.

Już od kilku lat staram się walczyć z tym jakże błędnym przekonaniem.

Dlaczego błędnym?

Uważam, że podstawową wiedzę z zakresu rekrutacji i selekcji powinien mieć każdy.

Skąd moja teza? Otóż nawet jeśli jesteś na chwilę obecną szeregowym pracownikiem, ale chcesz się rozwijać i pnąć po szczeblach kariery jest to wiedza niezbędna do tego, by łatwiej poruszać się po rynku. Z szeregowych pracowników wyrastają bowiem później managerowie, kierownicy i dyrektorzy którzy są często „wciągani” w wieloetapowy system rekrutacji. W końcu kto jak nie bezpośredni przełożony może podjąć ostateczną decyzję w sprawie zatrudnienia?

Kolejny argument dotyczy grupy docelowej jaką stanowią właściciele firm MMŚP.

Zwłaszcza małe przedsiębiorstwa nie mogą pozwolić sobie na zatrudnienie specjalisty ds. rekrutacji. Co zatem się dzieje? Zazwyczaj to sam szef/szefowa decyduje o zatrudnieniu i tu pojawia się problem. W jaki sposób stworzyć zespół by był efektywny? Zazwyczaj rekrutacja odbywa za pośrednictwem, mówmy wprost – znajomości. Czy jest to jednak dobre rozwiązanie? Choć często stosowane – niestety nie. Wiem, że osoby z polecenia czują odpowiedzialność za to, że ktoś je polecił. Jednak nie wszystkie i nie zawsze. Dużo więcej można egzekwować i utrzymać czyste relacje z osobami zatrudnionymi typowo z „zewnątrz”. W tym celu taki pracodawca powinien mieć podstawową wiedzę z zakresu tego chociażby w jaki sposób analizować cv kandydata, jakie pytania podczas rozmowy rekrutacyjnej są stosowne, jakie naruszają sferę prywatną pracownika a jakie mogą o nim powiedzieć więcej niż niejedna opinia osób polecanych.

Być może sami już dostrzegacie, że edukacja w zakresie rekrutacji i selekcji jest wręcz niezbędna.

Co więcej skierowana do osób pracujących na kierowniczych stanowiskach i właścicieli firm może tylko i wyłącznie podnosić standardy firm jak również i samą kulturę procesu rekrutacji.

Nie potrafię nawet zliczyć ile razy docierały do mnie sygnały o tym, jak na słabym poziomie była przeprowadzona rekrutacja. O tym jak nieudolnie była prowadzona rozmowa, z której nie wynosiły nic obydwie strony. Ani pracownik który nie miał możliwości się zaprezentować, ani rekrutujący który gubił się w swoich pytaniach skacząc z tematu na temat.

Osoby ciekawe tematu zapraszam na moje najbliższe szkolenie z tej tematyki.

Więcej na stronie UNLIMITED CENTRUM SZKOLEŃ

Kreatywność w organizacji

W dzisiejszych czasach do kreatywności dąży większość organizacji. W dobie rynku, na którym mamy tak wiele niezwykle podobnych do siebie produktów, umiejętność stworzenia czegoś innowacyjnego stała się bardzo pożądana.

url

Dlaczego kreatywność ma tak wysoką wartość w organizacjach?
Po pierwsze, zwiększa efektywność i konkurencyjność działań.
Po drugie, pozwala skutecznie nadążać za wymogami stale zmieniającego się rynku i szybciej reagować na zmiany.
Po trzecie, stanowi podstawę funkcjonowania każdego efektywnego pracownika, umożliwia mu rozwój, pracę nad sobą i współpracę z innymi. Taki pracownik umie stawiać czoła różnorodnym problemom.
Jak stworzyć kreatywną organizację?
Przedsiębiorstwo może dążyć do kreatywności na każdym z możliwych obszarów i działów. Na szczególną uwagę zasługują następujące poziomy:
1. Poziom rekrutacji
Tutaj organizacja może poszukiwać odpowiednich ludzi, których predyspozycje zapewnią pojawianie się innowacyjnych pomysłów. Zazwyczaj są to osoby o szerokich lub nietypowych zainteresowaniach, otwarte poznawczo, ciekawe świata, posiadające potrzebę doświadczania czegoś nowego, tolerancję pewnej dozy ryzyka.
2. Poziom szkoleń
W tym wypadku przedsiębiorstwo może odpowiednio oddziaływać na zatrudniony już personel w celu wytrenowania pewnych technik twórczego myślenia. Aby uzyskać pożądany poziom kreatywności u pracowników i utrzymywać go na tym poziomie, warto systematycznie przeprowadzać trening twórczego myślenia.
3. Poziom środowiskowy
Tu należy skoncentrować się na likwidowaniu wewnątrz firmy tych barier, które tłumią kreatywność pracowników. Do takich barier można zaliczyć między innymi: nadmierną kontrolę menedżerską, trudności w przepływie informacji, sztywne struktury hierarchii, niewłaściwy system nagród, niesprzyjającą atmosferę w miejscu pracy.
4. Poziom klienta
Traktowanie każdej uwagi klienta jako cennej informacji zwrotnej jest bardzo istotne. Rozmowy z klientami i badania opinii mogą być źródłem wielu kreatywnych pomysłów na ulepszenie produktu czy usług.
Warto wiedzieć, że myśleć twórczo potrafi każdy człowiek. Może się to przejawiać w dowolnej dziedzinie aktywności. Dobry menedżer powinien umieć wykorzystywać kreatywność swoich pracowników oraz umiejętnie ją rozwijać poprzez motywację. Takie starania z pewnością zaprocentują w przyszłości.

Czy powinienem zmienić pracę?

Ostatnio dużo osób uczestniczących w prowadzonych przeze mnie konsultacjach zawodowych przychodzi z różnymi wątpliwościami dotyczącymi swojej pracy. Zazwyczaj problem ten pojawia się u tych, którzy mają zaburzoną harmonię pomiędzy czasem poświęcanym na pracę a czasem przeznaczanym na życie rodzinne i osobiste. Wbrew pozorom odpowiedz okazuje się bardziej prosta niż im się wydaje.

zmiana pracy

Jednak patrząc na tryb, w jakim funkcjonuje dzisiejszy człowiek pracy, takie niepewności wcale nie dziwią. Nie ukrywam, że i ja sama zadawałam sobie nieraz pytanie: czy nie pracuję za dużo? czy to, co robię, nie jest czasem zbyt wyczerpujące i stresujące? Mówi się przecież, że pracujemy po to, żeby żyć, a nie żyjemy po to, by pracować. Zaczęłam więc bacznie obserwować siebie, by doszukać się bardziej uniwersalnych wniosków.

Jak zatem sprawa wygląda w moim przypadku? Cóż, rzeczywiście sporo czasu poświęcam pracy, choć zawsze zdawało mi się, że jestem leniwa i to bardzo. 🙂 Jestem jednak również perfekcjonistką, więc jak już się za coś biorę, to nie robię tego „po łebkach”. Nie potrafię skończyć w połowie, muszę doprowadzić sprawę do końca dopóty, dopóki nie osiągnę założonego w mej głowie efektu. Codziennie piętrzy się przede mną sporo zadań do zrobienia i każde chcę wykonać na oczekiwanym przeze mnie poziomie. Przez to wiem, że poświęcam na działania więcej czasu niż powinnam. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jeśli przeznaczę na coś tyle czasu, ile potrzebuję, stworzę coś na zadowalającym mnie poziomie, za czym będzie stała jakość. Z jakością natomiast wiąże się zadowolenie klienta, a jego jawna satysfakcja wyrażona słowem mówionym czy pisanym jest dla mnie najcenniejsze w całej pracy. Najwięcej motywacji do dalszych działań daje właśnie pozytywny feedback od klientów. Zadowolenie klienta dodaje skrzydeł. Nie jestem pewna, czy klienci naszej firmy mają w ogóle tego świadomość, jednak dla mnie ich satysfakcja jest jak bardzo dobry napiwek zostawiony w barze dla kelnera pod koniec pracowitego dnia.

Skoro zatem najwięcej radości daje mi fakt, że mogę zadowalać ludzi, mając jednocześnie możliwość zarabiania, zaczynam dochodzić do wniosku, że rzeczywiście żyję, by pracować. Skoro efekty moich działań dają satysfakcję klientom, a tym samym i mnie, to czyż nie o to w życiu chodzi? Czy nie chodzi o to, by być zadowolonym człowiekiem? Widocznie ci, którzy lubią to, co robią, żyją, by pracować, przy czym definicja pracy na tym etapie ulega zdecydowanemu przekształceniu. Nieraz myślałam, że jestem pracoholikiem lub zadanioholikiem, co ostatnio stało się bardzo popularnym pojęciem. Być może jestem jednym i drugim. Lubię bowiem wyznaczać sobie cel za celem i konsekwentnie je realizować. Dotyczy to jednak tylko sytuacji, gdy wiem, że robię rzeczy, które przynoszą innym zadowolenie, a mi pieniądze, za które mogę żyć. Wtedy czuję, że żyję. Być może i Ty się zastanawiasz nad tym czy, nie poświęcasz za dużo czasu na pracę. Jednak jeśli czujesz, że to, co robisz przynosi Tobie i Twoim klientom zadowolenie, to znaczy, że powinieneś się tego trzymać. Jeśli odczuwasz radość z realizacji celów w pracy i z efektów swoich działań, działaj dalej. Widocznie stoi za tym ukryty sens znany tylko Tobie. Z pewnością przekłada się też to na Twoje pozytywne funkcjonowanie w obszarze prywatnym. Choć wiemy, że powinno się oddzielać obszar pracy od domu, po prostu jest to w dużej mierze awykonalne, gdy nie czujemy zadowolenia w pracy.

Zatem jeśli uważasz, że za dużo pracujesz, ale czujesz przy tym zadowolenie z efektów swoich działań i ze zrealizowanych celów, jeśli widzisz, że Twoi klienci są zadowoleni, oznacza to, że jesteś na dobrej drodze swojej kariery zawodowej. Jeśli jednak Twoi klienci nie są do końca zadowoleni z Twojej pracy, często mają dużo zastrzeżeń, to być może czas, by zastanowić się nad tym, czy idziesz właściwą drogą. Jeśli bijesz się z myślami, czy zmienić pracę, czy podążać dalej, mimo że może wcale nie jest Ci lekko, obserwuj otoczenie. Informacje klientów w sposób pośredni odzwierciedlają Twoje podświadome nastawienie do pracy. Jeśli klienci w większości nie są zadowoleni, to znaczy, że i Ty nie jesteś zadowolony z tego, co robisz. Pamiętaj również, że nasz stosunek do pracy jest zmienny w czasie. Ucząc się obserwacji, dużo wcześniej zaczniesz zauważać ewentualne zmiany Twojego stosunku do tego, co robisz.

Czy świat nie byłby idealny, gdybyśmy nie chodzili do pracy tylko po to, by „odbębnić” to, co mamy do zrobienia? Gdybyśmy udawali się tam po to, by moc świadczyć klientom nasze usługi na najwyższym poziomie? I gdybyśmy później jako klient mogli otrzymać to, co inni są w stanie nam zaoferować w zakresie tego, co potrafią najlepiej?

Siła uśmiechu, czyli znaczenie mimiki w komunikacji interpersonalnej

Wszyscy wiemy, jak ważne w porównywaniu z innymi są komunikaty niewerbalne. Dużo słyszy się o gestach, postawie, mowie ciała. Jednak czy naprawdę wiemy, ile może zdziałać jeden uśmiech?

pobrane

Część badaczy uważa, że uczucia emocjonalne są rezultatem, nie zaś przyczyną zachowań emocjonalnych. Czyli układ mięśni naszej twarzy, który wywołuje na przykład właśnie uśmiech, wpływa na nasze pozytywne uczucia.

Inne teorie zakładają, że ludzie naśladują mimikę rozmówcy, odczuwając w ten sposób emocje tego rozmówcy.

Po przełożeniu dwóch wspomnianych teorii na praktykę można wnioskować, że gdy sprowokujemy samych siebie do uśmiechania, przytrzymując przez około dwadzieścia sekund kąciki ust w górze, to poprawi nam się nastrój, a dodatkowo udzieli się on naszemu rozmówcy.

Tak więc za pomocą powyższego mechanizmu jest możliwe manipulowanie charakterem rozmowy. Zastosowanie tego tricku prowadzi do powstania uśmiechu i, co ważne, jest to uśmiech naturalny.

Uśmiech sztuczny zostaje szybko zauważony i nie polepsza stosunków z rozmówcą, a nawet go dystansuje. Ponadto, jak mówi psychoterapeutka Renata Sęcioch: „im bardziej udajesz radość na co dzień, tym więcej smutku i złości trzymasz w sobie”.

Sztuczne uśmiechy pracują bowiem na korzyść zjawiska „keep smiling”, które staje się patologią w krajach zachodnich. Jednakże nie musimy się go obawiać, gdyż zdaniem socjolog Tamary Sączek-Radwańskiej „To szczerość jest w Polsce największą wartością, nie uprzejmość”. Potwierdzają to badania CBOS.

Warto na zakończenie podkreślić, że – jak powiedział irlandzki poeta Anthony Cronin – „uśmiech kosztuje mniej od elektryczności, za to daje więcej światła”.

Wprowadzanie zmian i ich planowanie

zmiana Karolina Cala

W psychologii dużo mówi się o tym, że zmiana to nic innego jak wyjście poza granice strefy komfortu. Stanowi to świetne wytłumaczenie, dlaczego tak wielu z nas woli trwać w miejscu. Każda zmiana wiąże się z ryzykiem. Wywołuje w nas poczucie lęku, strach przed nieznanym, myśli pełne zwątpienia już na etapie planowania…

Jednak patrząc na zmianę w sposób nieco bardziej ludzki, można zauważyć, że boimy się zmian tak naprawdę dlatego, że w swych początkowych fazach trwania przekształcają nas z mistrza w ucznia, a w uczeniu się najważniejsza jest pokora. Pokora, która stwarza dodatkowe miejsce na przyjmowanie tego co nowe. Wielu z nas szybko wyzbywa się jej, osiągając pewien poziom w swoim życiu.

Reasumując, aby podjąć się wyzwania, jakie stanowi zmiana, potrzebujemy przygotować sobie pod nią solidny grunt.

Jeśli więc czujesz, że powinieneś dokonać pewnych zmian w swoim życiu, prywatnym czy zawodowym, na początku przygotuj się do nich. Nie skacz prosto w ogień, bo spłoniesz i znajdziesz się w jeszcze gorszej sytuacji niż przed zmianą.

To tak, jakbyś postanowił, że chcesz pojechać gdzieś za granicę, załóżmy, że na inny kontynent. Czy zrobiłbyś tak, że dziś podjąłbyś taką decyzję, a na przestrzeni kilku dni stałbyś już w kolejce na lotnisku? Tego typu doświadczenie z pewnością zrodziłoby w Tobie stres i napięcie. Po co?

Jednak jeśli poświęciłbyś tyle czasu, ile potrzebujesz, na zapoznanie się z tą myślą oraz na spakowanie się i zamówienie biletu, Twoje koszty – i to nie tylko emocjonalne – byłyby dużo niższe.

Ujawnia się zatem przed Tobą pierwszy etap procesu przygotowania do zmian: planowanie, które pomaga oswoić się z myślą o zmianie.

Drugi etap to zdobycie maksymalnej wiedzy na temat zmiany, jakiej chcesz dokonać. Jeżeli planujesz zmianę w życiu prywatnym, musisz przeanalizować wszystkie jej plusy i minusy, by sprawdzić jej ekologię. Ekologię w znaczeniu tego, jaki wpływ będzie miała zmiana na osoby dla Ciebie najważniejsze. W takich sytuacjach świetnie sprawdzają się sesje coachingowe, w których coach pytaniami pobudza do analizy zarówno obecnej sytuacji, jak i tej pożądanej.

Jednak jeśli masz w sobie wystarczająco dużo determinacji, prace w tym zakresie możesz wykonać samodzielnie. Natomiast jeśli planujesz zmianę zawodową, powinieneś przeanalizować rynek pracy, branże oraz interesujące Cię stanowisko. Ważne jest wykorzystanie portali społecznościowych do zdobycia wiedzy od osób mających doświadczenie zawodowe w interesującej Cię dziedzinie. Dzięki temu będziesz w stanie stworzyć obraz swojej zmiany w głowie, a to już stanowi połowę sukcesu.

Dodatkowo na tym etapie, by przybliżyć sobie wizje zmiany, warto odpowiedzieć na pytanie: Co pozytywnego się może stać, jeśli uda mi się dokonać zmiany?

Po odpowiedzi na to pytanie powinieneś jeszcze zabezpieczyć się, zadając sobie pytanie kolejne, a mianowicie: Co może się stać, jeśli nie uda mi się dokonać zmiany?

Odpowiadając na to pytanie, będziesz przygotowany na ewentualne niepowodzenia. Patrzenie na świat jedynie przez różowe okulary jest bardzo niebezpieczne. Warto wiedzieć, że zidentyfikowane niepowodzenia minimalizują swoje ryzyko wystąpienia.

Następnie przekształć swoje pytania odnośnie niepowodzenia w pytania, które zmienią Twój sposób spostrzegania ewentualnych niepowodzeń. Zrobisz to, odpowiadając na pytanie: Co pozytywnego się może stać, jeśli nie uda mi się dokonać zmiany?

Jeśli udzielisz wyczerpujących odpowiedzi na te pytania, będziesz o krok bliżej zmiany niż Ci się wydaje.

Trzecim etapem jest wykształcenie w sobie pokory. Po pierwsze, musisz mieć świadomość, że zmiana nie od razu będzie widoczna. Po drugie, powinieneś przygotować się psychicznie na to, że podejmując się zmiany, prawdopodobnie będziesz doświadczał dużo więcej niż to, na co się szykujesz. Zwłaszcza, jeśli zmiany, które chcesz wprowadzić, należą do niełatwych lub diametralnych.

Czwarty etap to uzbrojenie się w cierpliwość i w konsekwencję. Zmiany, głównie te większe, wymagają od nas dużego samozaparcia i konsekwencji w działaniu. Musisz przygotować się na to, że nic się nie dzieje z dnia na dzień. Czasem pozytywne efekty zmian przychodzą po kilku miesiącach, niekiedy nawet latach. Jeśli jednak będziesz miał w głowie wyraźny obraz tego, jak chcesz, żeby wyglądało Twoje życie po ich dokonaniu, wizja ta będzie Cię wspierać w trzymaniu się obranego kierunku.

Piątym etapem jest nieustanne działanie. To najważniejszy punkt. Bez niego planowanie nie ma najmniejszego sensu. Na tym etapie powinieneś zadać sobie pytanie: Co muszę zrobić, by wprowadzić planowaną zmianę w życie? Pomocne okaże się wypisanie wszystkiego, nawet najmniejszych działań, które przychodzą Ci do głowy.

Ostatni, szósty etap to uświadomienie. Musisz wiedzieć, kiedy uda Ci się dokonać tej ważnej w Twoim życiu zmiany. Tu zadaj sobie pytanie: Po czym poznam, że udało mi się zmiany dokonać?

Jak widzisz, przechodząc przez proces składający się z sześciu wyróżnionych przeze mnie etapów, łatwiej Ci będzie podejść do zmian i staną się one mniej przerażające. Tym samym zlikwidujesz napięcie hamujące Cię przed ich dokonaniem.

Cóż, skoro to takie proste, nie pozostaje Ci nic innego jak podjęcie się wyzwania, o którym myślałeś.

Trzymam kciuki!

Oczekiwania, które nas niszczą

oczekiwania

Ostatnio miałam okazję przysłuchać się interesującej historii. Otóż pewna bardzo urodziwa kobieta, pewna siebie oraz ustabilizowana finansowo i mentalnie, poznała mężczyznę, na widok którego krew w żyłach zaczęła płynąć szybciej, a w brzuchu odezwały się już dawno zapomniane motyle.

Ta kobieta była z gatunku tych lubiących zdobywać i dostawać od życia wszystko, czego chcą. Nie minęło zatem wiele czasu, zanim mężczyzna stał się jej. Zazwyczaj jej zdobycze należały do niej bezwzględnie i kompletnie. Jednak tym razem sytuacja po stronie mężczyzny okazała się tak skomplikowana, że nie wpisał się w schemat.

Tak czy siak kobieta przeżywała fantastyczne chwile z mężczyzną, który był już „jej”. Spędzali razem czas przed pracą i po pracy, albo romantycznie we dwoje przy kolacji, albo aktywnie na spacerach w lesie. Dzielili ze sobą bardzo dużo chwil, chociaż oboje wiedzieli, że wikłają się w coś bardzo skomplikowanego. Mimo wszystko było naprawdę pięknie.

Niestety niewiele później okazało się, że mężczyzna musi wyjechać we wcześniej zaplanowaną podróż, do tego długą i daleką, a nie krótką i bliską. Wyjazd szykował się w piątek z samego rana. Wiedząc to, był u swej pięknej kobiety w poniedziałek, wtorek oraz środę. Nie zjawił się jednak w czwartek, gdyż ten dzień poświęcił na przygotowania do wyjazdu. Dla niego było to oczywiste.

A co z kobietą? Kobieta była bardzo rozczarowana. Fakt, że mężczyzna nie przybył do niej w czwartek, zrodził w je umyśle wiele żalu i wypełnił jej serce po same brzegi. Nie była zdolna tego wytrzymać. Wszystko stało się dla niej jednoznaczne. Jeszcze tego samego dnia podjęła decyzję i to bezdyskusyjnie. Mężczyzna już nigdy więcej nie pojawił się w jej życiu. Ani ten, ani żaden inny na dłużej…

To tylko jedna z wielu podobnych historii. Czy chociaż raz miałeś uczucie, że ktoś, na kogo liczyłeś, ewidentnie Cię zawiódł? Myślę, że każdy z nas miał taką sytuację przynajmniej raz. Zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego pojawiają się niepotrzebne zawiłości, kłótnie, nieporozumienia?

Przyczyny szukamy w nieprawidłowej komunikacji. Myślę jednak, że leżą one głębiej. Im większe masz oczekiwania, tym bardziej ludzie Cię rozczarowują. Im mniej oczekujesz od innych, tym ich zachowania stają się dla Ciebie bardziej zaskakujące i przynoszą więcej radości. Zaczynasz doceniać każdy, nawet najmniejszy gest w Twoim kierunku, ponieważ wiesz, że nikt, ale to absolutnie nikt, nie ma w stosunku do Ciebie żadnego obowiązku. Taka świadomość budzi wdzięczność, która jest fundamentem wartościowego życia.

Pozostawiam do głębszego przemyślenia…

Dla człowieka o gołębim sercu i duszy wojownika

Dziś  na blogu postanawiam urządzić prywatę 🙂 Otóż dziś są urodziny ważnej dla mnie osoby. Osoby, która potrafi spojrzeć w oczy śmierci, która potrafi poruszyć niebo i ziemię by pomóc drugiemu człowiekowi i która swoją energią wewnętrzną potrafiłaby przenosić góry. Nie wiem co mnie podkusiło, jednak uznałam, że prezent w postaci wpisu będzie najlepszy. Tak […]

Zacznij wierzyć

Rodzina i wiara to wartości wciąż najważniejsze dla Polaków”. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania postaw religijnych i społecznych Polaków, przeprowadzonego przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC. To chyba dobrze, zwłaszcza jeśli za poziomem deklaratywnym wiary stoją również wskaźniki czynów, które ją potwierdzają.

Jednak nie chciałabym poruszać tematu wiary, gdyż często bezpośrednio kojarzy nam się z religią. A ja nie o takim aspekcie wiary myślę.

Pewnego dnia nasunęło mi się na myśl pytanie, które może i Ty sam kiedyś zadałeś: po co nam wiara?

Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Wtedy zrozumiałam, że często pokładamy wiarę w różne rzeczy, na przykład w Boga i w przeznaczenie. To wszystko jest nam bardzo potrzebne, bo czujemy, że istnieje „Ktoś” lub „Coś” od nas potężniejsze i silniejsze, że możemy się o „Kogoś” lub „Coś” oprzeć. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa, którego każdy z nas tak bardzo potrzebuje. To bardzo dobrze, gdyż bezpieczeństwo to fundamentalna potrzeba człowieka.

Zrozumiałam jeszcze jedną rzecz: tak bardzo wierzymy w to, co na zewnątrz nas, a tak mało wierzymy w samych siebie, w swoją wewnętrzną siłę, w swoje możliwości, w swoje umiejętności. Dotarło do mnie, że jest to spowodowane tylko jednym czynnikiem – niskim poziomem świadomości NAS SAMYCH.

Podczas wielu szkoleń i konsultacji zaobserwowałam, że większość osób ma w sobie wiele pozytywnych pokładów zdolności i wiele nieuświadomionych sił. Myślę, że jest to spowodowane faktem, że żyjemy w czasach wyścigu szczurów, gdzie każdy z nas chce żyć lepiej, zapewnić sobie i bliskim jak najlepszą przyszłość. Gonimy za pieniądzem, czas ucieka, a my nie mamy chwili na to, by zajrzeć w głąb siebie. Podczas nielicznych chwil wytchnienia zajmujemy się czynnościami, które nas nie rozwijają, ale ograniczają. Przykładowo, śledzimy portale społecznościowe znajomych (czasem zazdrościmy im tego, jak żyją), a także dzielimy się swoimi momentami w formie zdjęć. Ale tak naprawdę nie przeżywamy tych chwil tu i teraz.

Przemyślenia te spowodowały, że powoli zaczęłam wycofywać się z Facebooka, który – po zastanowieniu – nie wnosi nic pozytywnego do mojego życia. Oczywiście jest to świetne narzędzie marketingowe, ale na tym chyba kończą się jego pozytywne strony.

Cieszę się, gdy mogę podczas moich szkoleń i konsultacji uświadamiać tę jakże oczywistą wiedzę innym, nakłaniać do tego, by więcej czasu poświęcali sobie. Rozmyślenia o sobie pogłębiają samoświadomość, a ta napędza wiarę w siebie. Dzięki temu możemy przeżyć życie, podejmując się bardziej odważnych czynów; przeżyć je „bardziej” niż nam się wydaje w każdym znaczeniu tego słowa.

A czas nieubłaganie płynie… Właśnie minęło minimum pięć minut Twojego cennego życia. Mam nadzieję, że akurat to pięć minut potraktujesz jako jedną z lepszych inwestycji.

Pozostawiam do przemyślenia…

Pomagać czy nie?

Jestem osobą, która nie potrafi być obojętna na krzywdę innych. Lubię pomagać, gdyż wierzę, że każdy pozytywny uczynek nie pozostaje bez echa – jest przekazywany dalej w świat. Jednak ostatnio spojrzałam na kwestię udzielania pomocy z zupełnie odmiennej perspektywy.

Będąc na zakupach, zostałam poproszona o drobne przez żebrzącego mężczyznę. Opowiedział mi pokrótce historię swojego życia – o tym, że był sportowcem, ale kiedy odeszła od niego żona, załamał się i wylądował na ulicy. Zanim do mnie podszedł, obserwowałam go przez chwilę i zauważyłam, że inni ludzie zupełnie go ignorują. Dodatkowo zabolało mnie, że mężczyzna nie tylko był ignorowany, ale też czasem odnoszono się do niego z agresją.

Oczywiście poratowałam go drobnymi. Ale potem zamiast poczucia, że zrobiłam dobry uczynek, pojawiły się wyrzuty sumienia. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy rzeczywiście dobrze zrobiłam. Przecież nie pomogłam temu mężczyźnie na dłuższą metę; jedynie utwierdziłam go w poczuciu beznadziejności sytuacji, w której się znalazł. Wsparłam jego negatywne wyobrażenie o otaczającej go rzeczywistości. Pokazałam mu, że nic więcej nie może zmienić, a więc umocniłam jego negatywny schemat myślenia. W ostatecznym rozrachunku wychodzi na to, że wcale mu nie pomogłam, a prawdopodobnie zaszkodziłam…

Ta sytuacja pozwoliła mi wyciągnąć dwa wartościowe wnioski:

Po pierwsze, każda materialna pomoc skierowana do człowieka w potrzebie umacnia go w poczuciu beznadziejności. Pomoc mentalna zaś wzmacnia i dodaje sił.

Po drugie, trzeba być wystarczająco dojrzałym i mądrym człowiekiem, żeby móc sobie pozwolić na pomaganie innym w taki sposób, żeby nie zaszkodzić, ale faktycznie pomóc.