Wprowadzanie zmian i ich planowanie

zmiana Karolina Cala

W psychologii dużo mówi się o tym, że zmiana to nic innego jak wyjście poza granice strefy komfortu. Stanowi to świetne wytłumaczenie, dlaczego tak wielu z nas woli trwać w miejscu. Każda zmiana wiąże się z ryzykiem. Wywołuje w nas poczucie lęku, strach przed nieznanym, myśli pełne zwątpienia już na etapie planowania…

Jednak patrząc na zmianę w sposób nieco bardziej ludzki, można zauważyć, że boimy się zmian tak naprawdę dlatego, że w swych początkowych fazach trwania przekształcają nas z mistrza w ucznia, a w uczeniu się najważniejsza jest pokora. Pokora, która stwarza dodatkowe miejsce na przyjmowanie tego co nowe. Wielu z nas szybko wyzbywa się jej, osiągając pewien poziom w swoim życiu.

Reasumując, aby podjąć się wyzwania, jakie stanowi zmiana, potrzebujemy przygotować sobie pod nią solidny grunt.

Jeśli więc czujesz, że powinieneś dokonać pewnych zmian w swoim życiu, prywatnym czy zawodowym, na początku przygotuj się do nich. Nie skacz prosto w ogień, bo spłoniesz i znajdziesz się w jeszcze gorszej sytuacji niż przed zmianą.

To tak, jakbyś postanowił, że chcesz pojechać gdzieś za granicę, załóżmy, że na inny kontynent. Czy zrobiłbyś tak, że dziś podjąłbyś taką decyzję, a na przestrzeni kilku dni stałbyś już w kolejce na lotnisku? Tego typu doświadczenie z pewnością zrodziłoby w Tobie stres i napięcie. Po co?

Jednak jeśli poświęciłbyś tyle czasu, ile potrzebujesz, na zapoznanie się z tą myślą oraz na spakowanie się i zamówienie biletu, Twoje koszty – i to nie tylko emocjonalne – byłyby dużo niższe.

Ujawnia się zatem przed Tobą pierwszy etap procesu przygotowania do zmian: planowanie, które pomaga oswoić się z myślą o zmianie.

Drugi etap to zdobycie maksymalnej wiedzy na temat zmiany, jakiej chcesz dokonać. Jeżeli planujesz zmianę w życiu prywatnym, musisz przeanalizować wszystkie jej plusy i minusy, by sprawdzić jej ekologię. Ekologię w znaczeniu tego, jaki wpływ będzie miała zmiana na osoby dla Ciebie najważniejsze. W takich sytuacjach świetnie sprawdzają się sesje coachingowe, w których coach pytaniami pobudza do analizy zarówno obecnej sytuacji, jak i tej pożądanej.

Jednak jeśli masz w sobie wystarczająco dużo determinacji, prace w tym zakresie możesz wykonać samodzielnie. Natomiast jeśli planujesz zmianę zawodową, powinieneś przeanalizować rynek pracy, branże oraz interesujące Cię stanowisko. Ważne jest wykorzystanie portali społecznościowych do zdobycia wiedzy od osób mających doświadczenie zawodowe w interesującej Cię dziedzinie. Dzięki temu będziesz w stanie stworzyć obraz swojej zmiany w głowie, a to już stanowi połowę sukcesu.

Dodatkowo na tym etapie, by przybliżyć sobie wizje zmiany, warto odpowiedzieć na pytanie: Co pozytywnego się może stać, jeśli uda mi się dokonać zmiany?

Po odpowiedzi na to pytanie powinieneś jeszcze zabezpieczyć się, zadając sobie pytanie kolejne, a mianowicie: Co może się stać, jeśli nie uda mi się dokonać zmiany?

Odpowiadając na to pytanie, będziesz przygotowany na ewentualne niepowodzenia. Patrzenie na świat jedynie przez różowe okulary jest bardzo niebezpieczne. Warto wiedzieć, że zidentyfikowane niepowodzenia minimalizują swoje ryzyko wystąpienia.

Następnie przekształć swoje pytania odnośnie niepowodzenia w pytania, które zmienią Twój sposób spostrzegania ewentualnych niepowodzeń. Zrobisz to, odpowiadając na pytanie: Co pozytywnego się może stać, jeśli nie uda mi się dokonać zmiany?

Jeśli udzielisz wyczerpujących odpowiedzi na te pytania, będziesz o krok bliżej zmiany niż Ci się wydaje.

Trzecim etapem jest wykształcenie w sobie pokory. Po pierwsze, musisz mieć świadomość, że zmiana nie od razu będzie widoczna. Po drugie, powinieneś przygotować się psychicznie na to, że podejmując się zmiany, prawdopodobnie będziesz doświadczał dużo więcej niż to, na co się szykujesz. Zwłaszcza, jeśli zmiany, które chcesz wprowadzić, należą do niełatwych lub diametralnych.

Czwarty etap to uzbrojenie się w cierpliwość i w konsekwencję. Zmiany, głównie te większe, wymagają od nas dużego samozaparcia i konsekwencji w działaniu. Musisz przygotować się na to, że nic się nie dzieje z dnia na dzień. Czasem pozytywne efekty zmian przychodzą po kilku miesiącach, niekiedy nawet latach. Jeśli jednak będziesz miał w głowie wyraźny obraz tego, jak chcesz, żeby wyglądało Twoje życie po ich dokonaniu, wizja ta będzie Cię wspierać w trzymaniu się obranego kierunku.

Piątym etapem jest nieustanne działanie. To najważniejszy punkt. Bez niego planowanie nie ma najmniejszego sensu. Na tym etapie powinieneś zadać sobie pytanie: Co muszę zrobić, by wprowadzić planowaną zmianę w życie? Pomocne okaże się wypisanie wszystkiego, nawet najmniejszych działań, które przychodzą Ci do głowy.

Ostatni, szósty etap to uświadomienie. Musisz wiedzieć, kiedy uda Ci się dokonać tej ważnej w Twoim życiu zmiany. Tu zadaj sobie pytanie: Po czym poznam, że udało mi się zmiany dokonać?

Jak widzisz, przechodząc przez proces składający się z sześciu wyróżnionych przeze mnie etapów, łatwiej Ci będzie podejść do zmian i staną się one mniej przerażające. Tym samym zlikwidujesz napięcie hamujące Cię przed ich dokonaniem.

Cóż, skoro to takie proste, nie pozostaje Ci nic innego jak podjęcie się wyzwania, o którym myślałeś.

Trzymam kciuki!

Reklamy

Dla człowieka o gołębim sercu i duszy wojownika

Dziś  na blogu postanawiam urządzić prywatę 🙂 Otóż dziś są urodziny ważnej dla mnie osoby. Osoby, która potrafi spojrzeć w oczy śmierci, która potrafi poruszyć niebo i ziemię by pomóc drugiemu człowiekowi i która swoją energią wewnętrzną potrafiłaby przenosić góry. Nie wiem co mnie podkusiło, jednak uznałam, że prezent w postaci wpisu będzie najlepszy. Tak […]

Zacznij wierzyć

Rodzina i wiara to wartości wciąż najważniejsze dla Polaków”. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania postaw religijnych i społecznych Polaków, przeprowadzonego przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC. To chyba dobrze, zwłaszcza jeśli za poziomem deklaratywnym wiary stoją również wskaźniki czynów, które ją potwierdzają.

Jednak nie chciałabym poruszać tematu wiary, gdyż często bezpośrednio kojarzy nam się z religią. A ja nie o takim aspekcie wiary myślę.

Pewnego dnia nasunęło mi się na myśl pytanie, które może i Ty sam kiedyś zadałeś: po co nam wiara?

Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Wtedy zrozumiałam, że często pokładamy wiarę w różne rzeczy, na przykład w Boga i w przeznaczenie. To wszystko jest nam bardzo potrzebne, bo czujemy, że istnieje „Ktoś” lub „Coś” od nas potężniejsze i silniejsze, że możemy się o „Kogoś” lub „Coś” oprzeć. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa, którego każdy z nas tak bardzo potrzebuje. To bardzo dobrze, gdyż bezpieczeństwo to fundamentalna potrzeba człowieka.

Zrozumiałam jeszcze jedną rzecz: tak bardzo wierzymy w to, co na zewnątrz nas, a tak mało wierzymy w samych siebie, w swoją wewnętrzną siłę, w swoje możliwości, w swoje umiejętności. Dotarło do mnie, że jest to spowodowane tylko jednym czynnikiem – niskim poziomem świadomości NAS SAMYCH.

Podczas wielu szkoleń i konsultacji zaobserwowałam, że większość osób ma w sobie wiele pozytywnych pokładów zdolności i wiele nieuświadomionych sił. Myślę, że jest to spowodowane faktem, że żyjemy w czasach wyścigu szczurów, gdzie każdy z nas chce żyć lepiej, zapewnić sobie i bliskim jak najlepszą przyszłość. Gonimy za pieniądzem, czas ucieka, a my nie mamy chwili na to, by zajrzeć w głąb siebie. Podczas nielicznych chwil wytchnienia zajmujemy się czynnościami, które nas nie rozwijają, ale ograniczają. Przykładowo, śledzimy portale społecznościowe znajomych (czasem zazdrościmy im tego, jak żyją), a także dzielimy się swoimi momentami w formie zdjęć. Ale tak naprawdę nie przeżywamy tych chwil tu i teraz.

Przemyślenia te spowodowały, że powoli zaczęłam wycofywać się z Facebooka, który – po zastanowieniu – nie wnosi nic pozytywnego do mojego życia. Oczywiście jest to świetne narzędzie marketingowe, ale na tym chyba kończą się jego pozytywne strony.

Cieszę się, gdy mogę podczas moich szkoleń i konsultacji uświadamiać tę jakże oczywistą wiedzę innym, nakłaniać do tego, by więcej czasu poświęcali sobie. Rozmyślenia o sobie pogłębiają samoświadomość, a ta napędza wiarę w siebie. Dzięki temu możemy przeżyć życie, podejmując się bardziej odważnych czynów; przeżyć je „bardziej” niż nam się wydaje w każdym znaczeniu tego słowa.

A czas nieubłaganie płynie… Właśnie minęło minimum pięć minut Twojego cennego życia. Mam nadzieję, że akurat to pięć minut potraktujesz jako jedną z lepszych inwestycji.

Pozostawiam do przemyślenia…

Pomagać czy nie?

Jestem osobą, która nie potrafi być obojętna na krzywdę innych. Lubię pomagać, gdyż wierzę, że każdy pozytywny uczynek nie pozostaje bez echa – jest przekazywany dalej w świat. Jednak ostatnio spojrzałam na kwestię udzielania pomocy z zupełnie odmiennej perspektywy.

Będąc na zakupach, zostałam poproszona o drobne przez żebrzącego mężczyznę. Opowiedział mi pokrótce historię swojego życia – o tym, że był sportowcem, ale kiedy odeszła od niego żona, załamał się i wylądował na ulicy. Zanim do mnie podszedł, obserwowałam go przez chwilę i zauważyłam, że inni ludzie zupełnie go ignorują. Dodatkowo zabolało mnie, że mężczyzna nie tylko był ignorowany, ale też czasem odnoszono się do niego z agresją.

Oczywiście poratowałam go drobnymi. Ale potem zamiast poczucia, że zrobiłam dobry uczynek, pojawiły się wyrzuty sumienia. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy rzeczywiście dobrze zrobiłam. Przecież nie pomogłam temu mężczyźnie na dłuższą metę; jedynie utwierdziłam go w poczuciu beznadziejności sytuacji, w której się znalazł. Wsparłam jego negatywne wyobrażenie o otaczającej go rzeczywistości. Pokazałam mu, że nic więcej nie może zmienić, a więc umocniłam jego negatywny schemat myślenia. W ostatecznym rozrachunku wychodzi na to, że wcale mu nie pomogłam, a prawdopodobnie zaszkodziłam…

Ta sytuacja pozwoliła mi wyciągnąć dwa wartościowe wnioski:

Po pierwsze, każda materialna pomoc skierowana do człowieka w potrzebie umacnia go w poczuciu beznadziejności. Pomoc mentalna zaś wzmacnia i dodaje sił.

Po drugie, trzeba być wystarczająco dojrzałym i mądrym człowiekiem, żeby móc sobie pozwolić na pomaganie innym w taki sposób, żeby nie zaszkodzić, ale faktycznie pomóc.

Stan up-time i konsekwencja w działaniu

Chciałabym dzisiaj podzielić się moją kolejną jakże oczywistą, choć tak niezauważalną dla wielu obserwacją.

Codziennie przyglądam się sobie, swoim działaniom i doświadczeniom.  Patrzę też na swoje stany, chwile bieżące i wszelkie drobne zachowania. Dlaczego? Dlatego, że nawet moja najmniejsza akcja za każdym razem ma dość duży wpływ na to, jak wygląda mój kolejny dzień, tydzień, miesiąc…

To naprawdę niesamowite uczucie, kiedy co jakiś czas uzmysławiam sobie, że to, gdzie jestem tu i teraz, stanowi wynik tego, co zrobiłam w przeszłości. Nie mówię w tym momencie o „wielkich myślach” i stojących za nimi „wielkich czynach”. Te, mam nadzieję, jeszcze przede mną. 😉 Mam raczej na myśli błahe, zdawałoby się, czynności, które wykonywałam i wykonuję na co dzień.

Każdego dnia, wstając z łóżka i siadając przed komputerem – gdyż na tym w większości opiera się moja praca – zauważam, że osiągam tak zwany stan up-time. Jest to dość dziwne uczucie, gdyż wówczas zapominam o wszystkich innych rzeczach, nawet o zwykłych potrzebach fizjologicznych.

Stan up-time zazwyczaj osiąga się wtedy, gdy dana czynność sprawia nam na tyle przyjemności, iż koncentrujemy się na niej w pełni, znajdując się dokładnie „tu i teraz”. Nie jest jednak tak, że wszystko sprawia mi ogromną frajdę. Istnieją rzeczy, które robię chętniej oraz rzeczy, o których wiem, że muszę je zrobić. Jako że prowadzę własną firmę, muszę liczyć się z dużą ilością papierkowej roboty, za którą niezbyt przepadam.

Co chcę przez to powiedzieć? Otóż to, że stan up-time osiągam niezależnie od tego, czy wykonuję czynność dla mnie przyjemną (na przykład projekty graficzne), czy też mniej przyjemną (typu robienie zestawień dla księgowej). I że stan ten został przeze mnie wypracowany. Otóż to, mam go w nawyku. To powinna być dość dobra informacja dla każdego, kto dba o jakość wykonywanej pracy. Bowiem w stanie up-time wykonujemy rzeczy bardziej dokładnie, koncentrując się w pełni na zadaniu.

Zatem w jaki sposób można wypracować w sobie nawyk stanu up-time? Zapewne każdy może mieć na to inny sposób. W moim przypadku doprowadziła do tego konsekwencja w działaniu. Na początku wypisuję wszystkie zadania do zrobienia „na dziś” i układam je w kolejności priorytetowej. Następnie zajmuję się po kolei każdym z nich, poświęcając mniej lub więcej czasu, w zależności od stopnia skomplikowania zadania. Co istotne, nie przerywam działania, dopóki nie skończę. Obserwatorom z boku może się wydawać, że robię za mało przerw od komputera, jednak ja podświadomie wiem, że na przerwę muszę sobie zapracować.

Takie przekonanie wyrobiłam sobie podczas wieloletnich doświadczeń w sprzedaży. Powiem szczerze, że jest to bardzo wspierające przekonanie. Wiem, że czasem traktuję siebie zbyt surowo i nie odpuszczam, dopóki czegoś nie zrobię. Ale zdaję sobie sprawę, że gdy wybiję się ze stanu koncentracji, będzie mi trudno do niego wrócić. A stan koncentracji udaje mi się osiągnąć nawet wtedy, gdy robię coś bardzo mało atrakcyjnego, na przykład opłacam rachunki i tworzę zestawienia faktur.

Idąc dalej tym tropem, wiem, że gdy nie wykorzystam chwili „bycia na fali”, stracę coś wartościowego. Kiedy dobrze mi idzie wykonywanie zadania, nigdy nie przerwę, dopóki nie skończę lub przynajmniej dopóki nie osiągnę takiego etapu, w którym znam już wynik końcowy.

Zauważyłam, że dużo osób robi przerwę, gdy im coś nie idzie. Tym samym poddają się i przedłużają czas wykonania zadania. Jeszcze inni robią przerwę zaraz po tym, gdy w końcu wpadną na jakiś trop; kiedy objawi się przez nimi pomysł na wykonanie zadania. Przerwa jest wtedy nagrodą za znalezienie dobrego rozwiązania. Sęk w tym, że po takiej przerwie często trzeba ponownie przejść sporą część procesu myślowego, gdyż wpłynęła ona destrukcyjnie na dotychczasowy sposób myślenia. Dlatego trzeba uważać, żeby nie odpoczywać na zbyt wczesnym etapie.

Następnym razem, gdy pomyślisz sobie o planowanej przerwie, zastanów się, na ile zależy Ci na realizacji danego zadania. Jeśli wpływa ono dość silnie na Twoje kolejne dni, dalszą pracę i życie – przemyśl, czy nie lepiej jednak przycisnąć siebie bardziej.

Mamy w sobie ogromny potencjał i jesteśmy w stanie zrobić więcej niż nam się zdaje, ale pod jednym warunkiem: jeśli wymagamy od siebie więcej i nie dajemy sobie taryfy ulgowej. Pamiętaj, że to, w jaki sposób siebie traktujesz, świadczy o tym, co o sobie myślisz. W konsekwencji będzie stanowić o tym, kim będziesz i jak będziesz żyć. Mówi Ci to osoba, która widzi, że każdego dnia jest coraz dalej i na coraz lepszym etapie swojego życia.

Czyż nie o to w życiu chodzi, by iść do przodu i obserwować zmiany? By odczuwać te zmiany pozytywnie i przeć dalej? Na pewno zgodzą się ze mną ci, którzy lubią się zmęczyć, żeby poczuć, że żyją. Jeśli Ty tego nie czujesz – zrób sobie już teraz przerwę. 🙂

Nigdy się nie poddawaj

Pewnie zdarza Ci się czasem, że czujesz się tak, jakby wyrosła przed Tobą ogromna ściana. Stoisz przed nią i patrzysz w prawo, w lewo, w górę, a ona bez opamiętania ciągnie się bez końca. Przychodzą Ci wtedy do głowy myśli, że nie ma żadnego wyjścia i rozwiązania dla sytuacji, w jakiej się znalazłeś. Bardzo dobrze znam to uczucie.

Pojawia się jednak pytanie: Czy będziesz w takim razie tkwić w tym miejscu? Świetnie przecież wiesz, że najlepsze rozwiązanie, które niesie ze sobą najwięcej korzyści, znajduje się właśnie za tą ścianą. Każdy inny pomysł to tylko ucieczka i nie doprowadzi Cię do celu. Wspomnianą ścianą zazwyczaj nie są realne ograniczenia.

Wszystko, ale to absolutnie wszystko zaczyna się na poziomie myśli.

Dla chcącego nic trudnego. Żadnych przeszkód.

Jeżeli tylko chcesz, dasz radę! Daj więc radę i nigdy się nie poddawaj!

Lepiej żałować tego, co się zrobiło niż tego, czego się nie zrobiło. Zatem działaj!